poniedziałek, 29 czerwca 2009
Dzień 121
Mamy już godzinkę 22,15... W Warszawie była burza z piorunami i wielka ulewa...tak lało, że nie mogłem wysiąść z samochodu... Tkwiłem w nim około 20-cia minut, bo opuszczenie go groziło natychmiastowym przemoczeniem do gołej skóry. Ach ale ze mnie gapa... nie powiedziałem wam, że wróciłem i jestem już w domku. Na wsi było dzisiaj słonecznie i pięknie... to w Warszawie przywitała mnie ta straszna ulewa... Teraz jest już spokojnie, ale za to wszędzie potężne bajora z deszczową wodą. Stoją na poboczach uszkodzone woda auta. Całe jezdnie toną w wielkich kałużach wody... chociaż kałużach to chyba za mało powiedziane. W wielkich ulicznych rzekach... I oto mamy nasz cywilizowany świat wylany asfaltem i betonem i zapchane kanały, które zamiast odprowadzać wodę deszczową jeszcze dolewają swojej.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
U MNIE TEŻ SOLIDNIE LAŁO ALE ZA TO OGLĄDALIŚMY Z BALKONU DŁUGO UTRZYMUJĄCĄ SIĘ, PIĘKNĄ TĘCZĘ... . DLA MNIE TĘCZA MA W SOBIE COŚ MAGICZNEGO...., ZAWSZE NASTRAJA MNIE POZYTYWNIE... JEJ KOLORY ZAWSZE ROZJAŚNIAJĄ NAWET WIELKIE SMUTKI.... DAJĄ NADZIEJĘ ... ŻE ,PO BURZY ZAWSZE JEST SŁONECZKO.... BOŻENKA.
OdpowiedzUsuń