EPILOG

Po długim wahaniu postanowiłem zakończyć pracę z prowadzonym od ponad 500-set dni blogiem pt. "Poezja, którą da się czytać". Jak spostrzegliście 7 ostatnich postów zasadniczo odbiegało tematem od wcześniejszych treści, dlatego zostały przeniesione do nowoutworzonego bloga, który będzie poruszał właśnie taką tematykę. Mam nadzieję, że te ważne tematy wciągną was i zachęcą do czytania, i czynnego uczestnictwa w życiu nowego bloga pt. "Tropem dziwactw i bezsensu". Zapraszam. Oto nowy adres pod którym mnie znajdziecie:

http://tropem-dziwactw-i-bezsensu.blogspot.com

środa, 31 lipca 2019

Muzyka duszy

Witam wszystkich tu zaglądających. Pomyślałem, że skoro tu zaglądacie muszę coś jednak napisać bo to Wam się należy. Zatem przypomnę się Wam takim oto opowiadaniem:


Pewnego deszczowego dnia nieco spóźniłem się z otwar­ciem mojego małego sklepiku. Nie pamiętam już z jakiej przyczyny zdarzyło się owe spóźnienie ale zdarzyło się i co najważniejsze utkwiło bezwiednie w mojej pamięci na dłu­gie, późniejsze lata mojego życia. Otóż wchodząc do przed­sionka pomieszczenia z którego między innymi punktami sklepowo usługowymi jest usytuowane wejście do mojego sklepiku, spostrzegłem stojącą, lekko przemoczoną desz­czem dziewczynę. Zwróciłem na nią baczniejszą uwagę bo poczułem jej poplątane energie, silny niepokój i wydała mi się jakaś zagubiona. Stała nieśmiało jak wylękniony dzieciak z roztrzepanymi bezwładnie, opadającymi wzdłuż boków szczupłej twarzy włosami. Osadzone w twarzy ładne oczy sprawiały wrażenie zupełnie nieobecnych. Były pozbawione blasku i radości życia przez co szczupła twarz nie wyrażała żadnych emocji prócz smutku.
- Pani czeka na mnie – zapytałem automatycznie.
Unosząc nieco wyżej głowę spojrzała na mnie jakby nie rozumiała co do niej powiedziałem. Mimo jasno wyartykuło­wanego pytanie jej pełnego kształtu usta pozostawiały moje zapytanie bez odpowiedzi toteż pomyślałem, że nie usłyszała o co zapytałem.
- Pani do mnie – ponownie zwróciłem się do czekającej w przedsionku sklepowym dziewczyny.
- Do pana? Nie… chyba nie… chociaż, może tak – dukała urywane i chaotyczne zdania.
- Proszę o chwilkę cierpliwości… Już otwieram…
- Nie spieszę się – uspokoiła mój pośpiech w czynności otwierania sklepu.
- To dobrze, bo ja też mam dużo czasu…
- Tak. Wiem…
- A skąd pani wie? Nie widziałem tu pani w roli kupującej klientki – zapytałem żartobliwie.
- Jest pan zapracowany twórczo więc nie zwraca pan uwagi na takie dziewczyny jak ja.
- Tak. To rzeczywiście prawda. Jestem zapracowany ale nie aż tak bardzo żeby nie zapamiętać twarzy ładnej dziew­czyny. Poza tym jestem też wzrokowcem więc tym bardziej zapamiętałbym pani smutną twarz.
- Jest pan tutaj znanym człowiekiem.
- Doprawdy – bąknąłem zaskoczony tym co usłyszałem.
- Nawet nie zdaje sobie pan sprawy z tego jak bardzo.
- Nie zdaję…
- Pójdę już… do widzenia – nie czekając na moją reakcję wykonała płynnym ruchem zwrot i skierowała dość szybkim krokiem w stronę wyjścia.
- Ok. Rozumiem. Proszę zajrzeć tu jeszcze – nie zdąży­łem dokończyć zdania bo zniknęła mi z pola widzenia.
Kiedy ucichły już odgłosy jej kroków zastanowiłem się nad tym zdarzeniem i od razu przyszło mi na myśl, że jest w głębokiej rozterce i szuka wsparcia bratniej duszy.
- Szkoda, że się spłoszyła i tak szybko odeszła. Na pewno potrzeba jej wsparcia a ja może zdołałbym jej pomóc w tej trudnej chwili? Mam duże doświadczenia w takich sprawach wszak sam doświadczałem wielu katastrof życiowych bo czyż nie jest najlepszym wsparciem ktoś kto tyle smutków przeżył co ja? Kto lepiej potrafi zrozumieć cierpiącego niż ten, który sam wiele razy cierpiał?
Kiedy pojawił się pierwszy klient, potem drugi, trzeci i kolejny dziewczyna ze smutną twarzą odleciała z moich myśli tak szybko jak się wcześniej niespodziewanie pojawiła ale nie na długo bo po tygodniu, tego samego dnia tygodnia ponownie zajrzała do mojego sklepiku. Twarz miała jeszcze bardziej nieobecną i smutną a ciało jakby za chwilę miało zapaść się samo w siebie.
- Mogę tu posiedzieć – zapytała nieśmiało.
- Oczywiście, że tak. Siadaj – zachęciłem cichym głosem.
- Dobrze się czuję w pana energiach – nagle zdobyła się na uwidocznienie swoich odczuć.
- Cieszę się, że tak odbierasz mój sklepik.
- Tutaj czuje taki spokój. Niemal koi moją duszę – zdoby­ła się na mały krok w kierunku zwierzenia się z problemu nurtującego ją od co najmniej kilku tygodni a może nawet i kilku miesięcy.
Z tym założeniem jednak poczekam do momentu kiedy sama zdecyduje o podjęciu tej trudnej rozmowy dlatego wy­stąpiłem z niespodziewaną propozycją:
- Zwracaj się do mnie po imieniu – zaproponowałem żeby zniwelować sztywne dystansy jakie pewno w niej hulały.
- Cudownie. Nie śmiałam o to prosić…
- Pomyślałem sobie, że tak będzie przyjemniej… a przede wszystkim klimat zdecydowanie się ociepli.
- Zupełnie jakbyś siedział w mojej głowie – ujawniła kolejne myśli.
- Mam na imię Bogdan ale o tym pewno już wiesz – spoj­rzałem w jej oczy by tam znaleźć potwierdzenie.
- Tak wiem. Trzymałam w dłoni twoją książkę.
- Nie przypominam sobie żebyś interesowała się moimi książkami – odparłem ponownie zaskoczony.
- Moja serdeczna koleżanka, zresztą miłośniczka twojej poezji kupiła jeden z tomików twoich wierszy lirycznych. A ja mam na imię Karolina – przedstawiła się wreszcie.
- Miło mi Karolino. Bardzo piękne imię nosisz.
- Mnie też jest miło… a imię takie sobie.
- Nie prawda. Imię jest piękne i ciepłe energetycznie.
- Jeśli tak jest to powiedz mi proszę dlaczego przyciągam same kiepskie energie i wszelkie kłopoty do siebie – wyrzu­ciła z siebie rozgoryczona.
- Pewnie masz taką karmę ale czy jesteś gotowa rozma­wiać na ten trudny temat?
- Chyba nie….
- No właśnie. Ale chcę abyś wiedziała, że ja jestem gotów wysłuchać uważnie co jest twoim ciężarem…
- Nie wiem czy kiedykolwiek będę gotowa otworzyć się przed tobą – zablokowała dobry początek.
- Mimo to coś sprawiło, że tu przychodzisz. Myślisz, że jest to dziełem czystego przypadku?
- Tak. To rzeczywiście jest zastanawiające. Coś mnie tu przyciąga... pewno jest to klimat twojego sklepu.
Wiesz, wszystko czego doświadczasz na tym świecie ma swój czas, nawet twoje jak ci się wydaje nie do pokonania problemy dlatego proponuję abyś uzbroiła się w cierpliwość i nie robiła niczego na siłę. Pozwól na to aby wszystko samo wypłynęło z twojego wnętrz…
- No nie wiem – ciągle się blokowała.
- W takim razie może inaczej: powiedz mi teraz czy przy­padły ci do serca moje wiersze o miłości – celowo zmieni­łem temat.
- O tak. Są cudowne i takie uczuciowe – wyraziła odważ­nie swój zachwyt.
- W porządku. W takim razie powiedz mi czy komuś kto w ten sposób pisze o uczuciach można zaufać – zapytałem z ledwo wyczuwalnym podstępem w głósie.
- Myślę, że tak ale to trudne...
- Nikt nie mówił, że będzie łatwo toteż pamiętaj, że nie ma na świecie nic piękniejszego ponad czyste uczucia, ale chyba nie po to do mnie przyszłaś by wyrażać zachwyt moją twórczością – ruszyłem bardziej zdecydowanie temat.
- Muszę już iść – poderwała się z plastikowego fotelika i zdecydowanie ruszyła w stronę wyjścia ze sklepu.
- Poczekaj. Pogadajmy jeszcze… ale nie poczekała tylko przestraszona, że będę ją naciskał na wyznania, bardzo szyb­ko opuściła moje towarzystwo.
- Co za straszną tajemnicę nosi w sobie ta ładna i sympa­tyczna dziewczyna. Ktoś ją skrzywdził, zranił czy może zgwałcił w rodzinie – zapytałem sam siebie.
Odpowiedzi jednak nie otrzymałem ale kłębiące się myśli w mojej głowie nie dawały mi spokoju. Kłębiły się przeróż­nymi domysłami i piętrzyły jak pryzma układana z prosto­kątnych kostek mocno sprasowanej słomy.
Po kilkunastu minutach zawiłych kombinacji myślowych pojąłem, że rozmyślając usilnie czy powierzchownie niczego więcej z siebie nie wycisnę co by ujawniło chociaż jakąś drobną część jej tajemnicy, problemu czy też utrapienia. Da­łem więc sobie spokój z rozwiązywaniem zagadki i zająłem się sklepowymi sprawami. Jak za pierwszym razem także i teraz sprawa cierpiącej psychicznie dziewczyny samoczyn­nie odeszła na drugi plan. A ja żywiąc nadzieję, że dziewczy­na jeszcze mnie odwiedzi zaakceptowałem fakt, że tak trudno jest jej podjąć rozmowę ze mną.
Minęło kilka dni i tego samego dnia, nowego tygodnia Karolina stanęła w moim sklepie.
- Mogę tu posiedzieć – zapytała identycznie jak poprzed­nim razem.
- Oczywiście. Siadaj i regeneruj ubytki energii – zachęci­łem bacznie przyglądając się jej twarzy.
Prawdę mówiąc nie zauważyłem w niej zmiany na lepsze toteż domyśliłem się, że problem nie przestał istnieć.
- Dziękuję.
- Jak minął tydzień – zapoczątkowałem rozmowę.
- Smutno i beznadziejnie – odpowiedziała automatycznie spuszczając w dół nieobecne spojrzenie.
- Martwi mnie to, że twój smutek rośnie w siłę zamiast ustępować małymi krokami.
- Na mój smutek nie ma lekarstwa ani nie ma sposobu na rozwiązanie mojego problemu – wyartykułowała półszeptem jak widzi swoją tragedię.
- Jesteś w błędzie. Zapewniam cię, że z każdej sytuacji jest jakieś rozsądne wyjście.
- Z mojej nie ma!
- Tak ci się tylko wydaje. Pamiętam kiedyś dawno temu zakochałem się jak wariat w pewnej dziewczynie. Niestety bez wzajemności. Dziewczyna nie miała w sercu dla mnie żadnych uczuć a na dodatek wykorzystywała moje uczucia do osiągania własnych korzyści. Poniewierała mną i lekce­ważyła. Wyśmiewała i zdradzała aż w końcu zdecydowałem się przerwać i zakończyć ten urągający zasadom człowie­czeństwa związek – w skrócie opowiedziałem jej historię romansu z mojego życia ale szczerze mówiąc zdziwiłem się dlaczego właśnie tę historie jej opowiedziałem….
- To straszne. Z całego serca ci współczuję. Pozwól, że zapytam i nie czekając na przyzwolenie zapytała: i jak sobie poradziłeś z wielkim uczuciem?
- Było bardzo ciężko – odparłem zgodnie z prawdą.
- To tak jak mnie teraz...
- Czas mi pomógł i zdrowy rozsądek jaki zdołałem w so­bie wzbudzić.
- Ja nie jestem taka silna – przyznała się do niemocy.
- Nie myśl, że przyszło mi to łatwo.
- Domyślam się...
Na początku nie potrafiłem zrozumieć dlaczego ktoś szar­ga moją czystą miłość. Nie umiałem pogodzić się z tym, że ktoś kogo szczerze kocham za miłość odpłaca mi złem i lek­ceważeniem. Aż w końcu przy pomocy podświadomości po­radziłem sobie.
- Mężczyźni są silniejsi od kobiet dlatego łatwiej radzą sobie z odtrąceniem i zawodem miłosnym.
- Nie sądzę by tak było. Może w sferze uczuć mają więcej logicznego myślenia niż kobiety ale cierpią jednakowo w przypadku prawdziwych uczuć.
- Tak myślisz – zapytała bez przekonania.
- Oczywiście. A ty Karolinko także cierpisz z powodu od­trąconej miłości – zapytałem wprost.
- Tak, chociaż niezupełnie – zdobyła się wreszcie na wy­znanie przyczyny swojego cierpienia duchowego.
- Zakochałaś się a on cię nie kocha – wykorzystałem chwile prawdy i poszedłem za ciosem.
- W sumie tak, ale mój chłopak mnie kocha!
- Jak to? To dlaczego tak bardzo cierpisz?
- Z powodu niemożności spełnienia miłości – odpowie­działa przygaszonym głosem.
- Wasi rodzice przeszkadzają wam spełnić się małżeńsko?
- Nie.
- A więc co – dociekałem coraz otwarciej.
- Jakby to ująć. Jeśli można tak powiedzieć mój chłopak jest księdzem – jak wyrocznia padła sucha odpowiedź.
W pierwszej chwili zaniemówiłem z wrażenia ale zaraz ochłonąłem z szoku bo historia dziewczyny wydała mi się jakaś taka dziwnie znajoma. Jakbym już ją gdzieś słyszał ale nie mogłem skojarzyć faktów.
- Jak do tego doszło – bąknąłem aby zyskać na czasie za­nim wymyślę jakąś sensowną odpowiedź.
- Żadne z nas nie wie. To spadło na nas tak niespodziewa­nie – szepnęła zagubiona.
- Nie rozumiem dlaczego twoja opowieść jest mi taka znajoma – zapytałem ni to ją ni to siebie.
- Jest ci znajoma? Nikomu wcześniej nie mówiła o tym.
- Ach tak. Już kojarzę – nagle doznałem olśnienia.
- Kojarzysz? Bogdanie co kojarzysz?
- Nieprawdopodobne. Co za zrządzenie losu. Kilka mie­sięcy temu przyszedł do mnie pewien pan, który okazał się być księdzem…
- Co w tym dziwnego?
- Z pozoru nic ale ten ksiądz tak jak ty, przyszedł tu do mnie po ratunek – wyrzuciłem z siebie.
- Po ratunek? A co mu było – nie mogła zrozumieć.
- Zakochał się w pewnej dziewczynie. Czy przypadkiem nie ty jesteś tą dziewczyną?
- Nie wiem ale pewnie tak...przecież takie historie nie zdarzają się zbyt często… więc… a jak wyglądał?
Tu opisałem jak wyglądał ksiądz i opowiedziałem Karoli­nie wszystko o czym mówił mi tamtego dnia.
Słuchając mojej relacji jej oczy pojaśniały a usta otworzy­ły się szeroko ze zdziwienia.
- Czy to możliwe? Ale skoro o tym mówisz i wszystko się zgadza to znaczy, że jakaś tajemnicza i nieznana siła kiero­wała nami. Tylko w jakim celu bo przecież sytuacja wydaje się być patowa a wręcz beznadziejna.
- Karolinko takie rzeczy mają swoje uzasadnienie chociaż na początku w żaden sposób dociec nie można gdzie jest logika i sens takich właśnie zdarzeń. Może po to spotykamy się byście mieli we mnie powiernika swoich trosk?
- Może... chociaż trudno mi było otworzyć się i powierzyć tobie, obcej osobie swoją tajemnicę.
- Przepraszam, że ośmielam się zapytać wprost…
- Domyślam się co masz na czubku języka ale pytaj.
- Ok. Czy byliście ze sobą intymnie?
- Nie. Chociaż trudno powiedzieć czy to dobrze czy źle.
- Moim skromnym zdaniem chyba dobrze bo z mojego doświadczenia życiowego wiem, że seks wszystko psuje.
- Na prawdę?
- Tak bo z chwilą rozpoczęcia życia seksualnego kończą się czyste uczucia a zaczynają zazdrość, egoizm, uzależnie­nie, zakazy, groźby a nawet szantaże i złe oddziaływanie jed­nej osoby na drugą – zwróciłem jej uwagę na sprawy, któ­rych do tej pory nie brała pod uwagę.
- Straszne i przerażające rzeczy mi opowiadasz a mimo to zastanawiam się czy nie lepiej byłoby gdybyśmy skonsumo­wali się wzajemnie…
- Myślisz, że tym sposobem wpłynęłabyś na jego szybszą decyzję o porzuceniu kapłaństwa?
- Dokładnie tak pomyślałam – przyznała bez skrupułów.
- To właśnie jest przejaw czystego egoizmu.
- Bogdan co ty mówisz. Przecież ja go kocham.
- Tak myślisz? Gdybyś go kochał czystą miłością zależa­łoby ci na jego dobrze.
- Tak myślę. Wtedy być może szybciej podjąłby decyzję o rezygnacji z kapłaństwa – wyraziła swoje wątpliwości.
- Karolinko wiedz, że wszelkie naciski i przymusy na partnera są złe. Skoro ty i on macie być jednością, musicie dbać jedno o drugie tak jakbyście o siebie samych dbali.
- Wiesz, nie myślałam o tym w taki sposób – odparła zakłopotana a nawet lekko zmieszana.
- Ludzie w znakomitej części myślą bardziej przyziemnie i materialnie toteż mało kto myśli bardziej o potrzebach swojego partnera niż o swoich. Na ogół jest odwrotnie.
- Bo nikt nad tym nie zastanawia się tylko działa jakby automatycznie – usprawiedliwiała się.
- Nie musisz się usprawiedliwiać.
- Przyznaję, głupio to wyszło – podsumowała.
- Trochę to smutne ponieważ w późniejszym czasie zwią­zek zbudowany na wartościach tylko jednej osoby kończy się przed – przyrzeczeniem „do grobowej deski”.
- Hmmmm...
- Zapamiętaj na przyszłość. Brak toksycznych uczuć to jedyna droga do szczęścia i czystej miłości – pozwoliłem sobie na puentę…
- Chyba już wiem dlaczego i po co tajemnicza siła skierowała nas do ciebie – odparła patrząc mi w oczy.
- Cieszę się, że moje słowa i argumenty pobudziły twoją wyobraźnię o partnerstwie…
- Ja też się cieszę, że trafiłam na ciebie…
- Pójdę już mój drogi przyjacielu…
- Nie myśl sobie, że to koniec… Będę tu zaglądać…


Koniec


Warszawa dn. 29. lipca 2019

czwartek, 14 września 2017

Donald i Angela

Siedzi Tusk na stołku,
Rozpiął w pasie gacie,
Nawija z Angelą
Na publicznym czacie,

Wsadził łapę w majtki
Ptaka nią obłapił,
W kanclerkę jak w obraz
Namiętnie się wgapił.

We łbie mu buzują
Sprośności jak dynie,
Widzi ją w negliżu
W hotelu w Berlinie,

A co ty Donaldzie
Tak na mnie spozierasz,
I w skrytości myśli
Z odzieży odzierasz?

Czuję twe spojrzenie
I oddech na karku,
Czuję się rozgrzana
Jak oliwa w garnku,

Angela w dekolcie
Wyciętym głęboko,
Szczuje Tuska cyckiem
Mrużąc jedno oko.

Tusk rozdziawił japę,
Śliniąc się zalotnie,
Wstawia jej gadulca
Dowcipnie i psotnie.

Powiem ci Angelo,
Krajanko zza Odry,
Jesteś dla mnie piękna
Jak bukiet ozdobny,

Ty moja gołąbko,
Ptaszyno kochana,
Wcieliłaś mnie w Unię
Jak swego kompana,

Teraz biorę kasę
Jak stu ludzi w kupie
I mam Kaczyńskiego
Hen głęboko w dupie.

Na to Merkelowa
Czyli pierwsza laska,
Zęby wyszczerzyła
Jak wiedźma z obrazka.

Ptaki u was w kraju,
Rzecze, no i w rządzie
Z obu kaczek lepsza,
Która wyżej siądzie.

A kto drugą kaczką
Pyta Tusk zdziwiony,
I nadyma gębę
Jak indor czerwony.

Ty masz coś z kaczora
Choć nie są to nóżki,
Donald żeś więc kaczka
Z Disneya kreskówki.

Bogdan A. Chmielewski
Warszawa dn. 02.06.2017


piątek, 30 września 2011

Puk, puk po długiej przerwie

Bardzo jestem ciekawy czy ze starych znajomych obserwatorów jeszcze ktoś tutaj zagląda. Przyznam szczerze, że trochę brakuje mi okresu gdy szumiało w tym moim blogu intensywne życie. Te burzliwe wpisy, to oczekiwanie na wieczorową porę kiedy zasiadałem do pisania kolejnego posta... Szukanie nowych tematów, rozważania, dyskusje, spory... to było coś... Niestety większość znajomych i czytaczy wykruszyła się... odeszła... zamilkła... Wprawdzie piszę nowy temat w innym blogu, ale nie zaskarbił on sobie żywiołowej poczytności tak jak "Poezja, którą da się czytać", jakoś dziwnie szybko zainteresowanie nim spadło niemal do kilku procent... No cóż widać nowy temat jest mniej porywający, niewygodny i skrzętnie skrywany choć wszystkim znajomy i bardzo swojski... Pozdrawiam tych, którzy tu jeszcze zaglądają, a i tych nowych, którzy w skrytości może tu wchodzą...
B.C.

środa, 20 października 2010

Środa 20 październik 2010

Gdzie Oni są?

Pogubili się znajomi…
W cień odeszli przyjaciele,
Każdy jeden deklarował,
W codzienności i w niedzielę.

Bycie obok w każdym czasie,
W ciężkiej chwili, wspomaganie.
Trwanie w zdrowiu i chorobie,
Także w smutku pocieszanie…

Gdzie są Wasze zapewnienia,
Gdzie wyznania o przyjaźni?
Wszakże słowo bez pokrycia…
Zawsze honor ludzki błaźni.

Bogdan Chmielewski
Warszawa dnia 20.10.2010

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Dzień 464

Zbliża się wieczór, a wraz z nim godzina 21:10. Po kilku dniach względnego spokoju... to znaczy mam na myśli przemijanie zagrożenia powodziowego, media ponownie faszerują nas zagrożeniem powodziowym... czyli tak zwaną drugą falą powodziową. Z ciekawości co dzień chodzę nad Wisłę, obserwuję i porównuje jej poziom z tym czym częstują nas tendencyjne media. Tak jakby oceniam czy informacja o stanie rzeki jest prawdą, czy po prostu informacją podawaną zdecydowanie na wyrost. Za każdym razem fotografuję rzekę, jej rozlewiska i jej podniesiony stan lustra wody. Mam już kilkadziesiąt fotografii i jest to świetny materiał dokumentujący dokładnie ten okres... a zwłaszcza jest to materiał porównawczy do poprzednich okresów zagrożenia powodziowego i rzetelności informacji płynącej z mediów publicznych. Godzinę temu wróciłem znad rzeki i stwierdziłem, że poziom lustra wody jest znacznie podniesiony, ale nie sądzę by mieszkańcom prawobrzeżnej Warszawy groziła powódź. Do stanu zagrożenia sprzed dwóch tygodni, na moje oko brakuje ponad metr wysokości. Poprzednio ułożone wały z worków z piaskiem nie zostały usunięte, a więc leżą na swoim miejscu i spełniają role dodatkowej ochrony przed zalaniem. Jutro pójdę znowu nad rwącą i groźną rzekę i porównam dane... A teraz jeszcze w kilku słowach odniosę się do mojej książki. Tak więc chcę powiedzieć, że zamieściłem informację o możliwości jej kupna w opisie... to znaczy tuż pod moją fotografią. Taka dodatkowa informacja była konieczna z uwagi na przesuwanie się postów w dół. Ta prawidłowość spowoduje, że po kilku kolejnych wpisach post pokazujący książkę zniknie zepchnięty nowymi wpisami. Teraz, może nie tak obrazowo ale będzie można przeczytać gdzie ją znaleźć i jak kupić... Chcę jeszcze powiedzieć, że nowa książka cieszy się sporym zainteresowaniem czytaczy, co daje mi nadzieję na szybki zwrot zainwestowanych w nią pieniędzy. To z kolei pozwoli mi wydawać kolejne, przygotowane już do druku pozycję... Dziękuje wszystkim czytaczom i osobom pragnącym nabyć ten ładnie i przejrzyście przygotowany i złożony w książkę skład z wierszy i ciekawej prozy... Dobranoc.

środa, 2 czerwca 2010

Książka do nabycia

Dzień 459

Jest w tej chwili godzina 22:10. Za oknem szaleje istna nawałnica... niebo jest barwy czarno sinej i leje się z nisko wiszących chmur, rzeka gęstego deszczu. Błyskawice rozdzierają ciemne niebo, a pioruny raz po raz głośnym hukiem rażą strachem wszystko co fruwa i chodzi po świecie. Jest już czerwiec, a ładnej, ciepłej i słonecznej pogody nie uświadczysz choćby na lekarstwo. Wygląda na to, że srogie i długie zimy zwiastują kiepskie i deszczowe pory roku następujące zaraz po niej. W takiej to mniej więcej scenerii wczoraj... czyli dnia 01.06.2010r. odebrałem z drukarni gotową książkę. Zatytułowałem ją: "Podaj mi dłoń" Jest to pierwsza część historii opisanej w moim blogu. Zawiera 237 stron, sporą ilość moich wierszy i prozy opisującej dzień po dniu okres od stycznia do listopada 2009 roku. W przygotowaniu do druku są kolejne i myślę, że w najbliższych dniach trafią do druku, a stamtąd za kilka tygodni trafią do moich rąk jako gotowe książki. Postaram się umieścić okładkę pierwszej książki na blogu... ale nie wiem czy mi się to uda... Jeśli nie to na życzenie osoby zainteresowanej pośle fotkę okładki na wskazany adres poczty elektronicznej. Chciałbym aby moi czytacze mogli zobaczyć jak wygląda gotowy produkt książkowy. Informuję, że książkę można u mnie nabyć po przystępnej cenie. Zainteresowanych kupnem czytaczy proszę o informacje na podany w blogu adres poczty internetowej. Dobranoc

piątek, 28 maja 2010

Dzień 454

Zbliża się godzina 18: 33… a więc zaczynam pisać posta. Powódź powoli zbliża się do końca. Rzeka Wisła w Warszawie na dzisiejszych oględzinach wypadła całkiem spokojnie… ale jeszcze jej stan jest znacznie podwyższony. Wszędzie widać skutki jej podniesionego stanu sprzed kilku dni. Wzdłuż ulicznych chodników naprędce budowane wały z worków napełnionych piaskiem… straszą przechodniów i przypominają o niedawnym niebezpieczeństwie. Oglądałem te obwarowania, czy raczej budowle i zastanawiałem się nad ich przeznaczeniem… oczywiście po przeminięciu fali powodziowej… i oczywiście kosztach usuwania skutków akcji przeciwpowodziowej. Zastanawiałem się jak długo będą te ułożone ludzką ręką, przyuliczne węże z worków straszyły nas swoim nieestetycznym widokiem… A może nie warto się tym przejmować … i lepiej zawczasu przyzwyczaić do widoku tych leżących worków, bo przecież gdyby się tak stało, ze żaden z Polaków… szczególnie tych od zarządu funduszami na ochronę środowiska i na bezpieczeństwo narodowe nie wyciągnął żadnych pozytywnych wniosków, to takie worki z piaskiem mogą być przydatne w przypadku powodzi jesiennej, albo kolejnej wiosennej…!!! Albo jakiejkolwiek powodzi spowodowanej obfitymi i długo trwającymi opadami deszczu. Sama korzyść z tych brzydkich węży, wijących się wzdłuż naszych ulic… bo nie daj Boże gdyby nadeszła kolejna powódź, miasto zaoszczędziłoby na wydatkach przy budowie kolejnych wałów z worków wypełnionych piaskiem. My Polacy mamy wprawę w wydawaniu i szastaniu nie swoich pieniędzy… Słyniemy z bylejakości i krótkowzroczności… a tak naprawdę wcale się nie martwimy co będzie jutro, co będzie gdy kolejny raz nasze miasta zaleje wielka woda, co zostawimy w spadku następnym pokoleniom, czy wytniemy w pień piękne lasy… Nie zależy nam na ładzie, czystości, porządku i solidności… bo tak naprawdę nie chcemy solidności… Nie chcemy nic dawać z siebie tylko wolimy brać… no i ciągle liczymy na wspaniałomyślność Boga… Dobranoc.

poniedziałek, 24 maja 2010

Dzień 448/449/450

Jakby na to nie patrzeć, dochodzi już godzina 21: 00. Mija kolejny dzień powodzi. Powodzi wielkiej, strasznej, destrukcyjnej i kosztownej. Poprzez media napływają lawinowo wiadomości z różnych części kraju. A to ze Stolicy, a to z Wrocławia, a to z Krakowa, Sandomierza , Torunia i niemal wszystkich miast, miasteczek i wsi leżących w pasie wylewających nadmiar wody rzek . Bez wyjątku wszystkie media faszerują nas panicznym i paraliżującym strachem. Straszy się nawet tych, którzy są poza zasięgiem powodzi, albo mieszkają w takich miejscach, które są dobrze zabezpieczone. Zastanawiałem się dlaczego fala powodziowa jest tak duża i długa. Z doświadczenia poprzednich powodzi wnioskuję, że to zjawisko jest nienaturalne. W 1997 roku poziom wody był wyższy, a mimo to przeszedł bardzo szybko… bodaj w ciągu 48 godzin… ale zastrzegam się, że mogę się mylić. Z mojego punktu widzenia taki długofalowy poziom wód może być spowodowany permanentnymi i rzęsistymi opadami deszczu, a takich przecież nie ma, albo… albo z woli człowieka odpowiedzialnego za wysoki poziom wód w zbiornikach retencyjnych. Zakładając, że każdy zbiornik ma swoją ograniczoną przepustowość to na skutek szybkiego przyboru wód zapełnią się dość prędko. Jeśli załoga tamy na skutek bagatelizowania, albo co gorsza niedbalstwa w porę nie dostrzeże zagrożenia, to będzie katastrofa. Wtedy dokonają niby kontrolowanego spustu wody z przepełniającego się zbiornika. Woda wielką falą spłynie do i tak już przepełnionych rzek... owocem takiego działania będzie powódź na skutek przerwania nieremontowanych całymi latami wałów przeciwpowodziowych. Jeśli spust wody jest kilkudniowy to i fala powodziowa będzie szła dość długo… kilka dni… może tygodni…? A to z kolei rodzi ryzyko przemoczenia wałów i przerwania ich tam gdzie są słabsze, starsze, mniejsze lub wykonane gorszą techniką i gorszym materiałem . Czy stać nas na takie niedbalstwo, ryzyko i koszty. Nieudolność niektórych osób z zarządów miast i wyżej, jest porażająca. Kiedy wreszcie zażądamy odpowiedzialności za nieodpowiedzialne decyzje. Jak długo nie będziemy pociągać do odpowiedzialności karnej i finansowej osób siedzących na decyzyjnych stanowiskach, tak długo będą pchać się nieodpowiedzialni ludzie na ciepłe i dobrze płatne posadki. Potem żeby wykazać się pracą podejmują właśnie takie nieodpowiedzialne i czasem debilne decyzje. Kilka dni temu usłyszałem z ust pewnej Pani w takim mniej więcej stylu, takie oto pouczające słowa: „Musimy obserwować zwierzęta, one wcześniej wyczuwają zagrożenie i uciekają z zagrożonego miejsca… jeśli zobaczymy taką migrację, nie czekajmy tylko uciekajmy razem z nimi”. Może niech ta pani tych mądrości uczy własne dzieci… albo sama razem z nimi ucieka, bo oprócz domatorów kotów i psów… innych zwierząt nie widzę. Kiedyś węglarze mieli konie, ale te mają zakaz wstępu do miasta… no oprócz tych nielicznych dorożkarskich… Dobranoc.

piątek, 21 maja 2010

dzień 445/446/447

Trochę się zagadałem, a efekt tego gadania przełożył się na późną porę, tak więc jest już godzina 23:40. Mija kolejny dzień tygodnia pod wpływem powodzi. Dzisiaj do Warszawy doszła kulminacyjna fala powodziowa. Setki ludzi wylegało na mosty, wały i przybrzeżne tereny Wisły, aby obserwować poziom wody i skalę zagrożenia powodziowego. Niemal co drugi człowiek był wyposażony w aparat fotograficzny i pstrykał naszej staruszce Wiśle fotki. Wykonano tyle zdjęć fotograficznych, że jest to chyba najbardziej udokumentowany moment w historii istnienia tej rzeki. Ekipy wojska, różnych służb i ludności cywilnej tak jakby zjednoczyły się pod wpływem narastającego zagrożenia. Solidarnie napełniano worki piaskiem i układano bez zapłaty długie węże wałów przeciwpowodziowych. Praca szła jak z płatka i nikt nikogo poganiać i zachęcać nie musiał. Jaka szkoda, że dopiero wielkie zagrożenie potrafi wywołać w ludziach poczucie solidarności, wsparcia i chęć niesienia pomocy innym zagrożonym tragizmem i niebezpieczeństwem ludzi. Przy tym użyto sprzętu ciężkiego, ogromnych ciężarówek, helikopterów, łodzi motorowych i amfibii do wyławiania odciętych od świata powodzian. Koszt takiej wielodniowej akcji jest ogromny... a pieniądze z tymczasowo ułożonych wałów z worków z piaskiem, wypalonej benzyny, oleju napędowego i pracy wielu ludzi są wyrzucone w błoto. Dlaczego nie jesteśmy tacy chętni do działań na rzecz budowy własnego i Narodowego bezpieczeństwa? Trudno mi pojąć fakt, że nie lubimy zapobiegać nieszczęściu kiedy jeszcze go nie ma, kiedy jeszcze nikogo nie dosięgło tylko czekamy na tego solidnego kopa w zadek!!!??? Czy my jako społeczeństwo nigdy nie nauczymy się wyciągać logicznych wniosków z nieszczęść jakie cyklicznie nas nawiedzają... zwłaszcza, że nawiedzają nas tylko z własnej głupoty, niedbalstwa, niechlujstwa, lenistwa i braku poszanowania świata Natury... A swoją drogą bardzo jestem ciekawy czego nauczy nas obecna sytuacja z rodziny kataklizmów...!? Dobranoc.

wtorek, 18 maja 2010

Dzień 442/443/444

Jeszcze nie jest tak bardzo późno... to znaczy jest dopiero godzina 21:25. Praktycznie od kilku tygodni (z małymi przerwami) pada deszcz non stop. W tej chwili mówi się o katastroficznych skutkach tych opadów niemal na każdym programie telewizyjnym. Na południu kraju obfite opady spowodowały przepełnienie zbiorników retencyjnych i o lokalnych powodziach. Kraków jest zagrożony i grozi mu zalanie... a to jeszcze nie kulminacja wezbranych wód. Cała szczytowa fala jeszcze nie nadeszła, a już się porównuje i mówi o wielkiej powodzi z 1997 roku. Pamiętam jak wtedy z lękiem chodziłem nad Wisłę oglądać jak wysoko już wezbrały jej wody. Dzisiaj też byłem na nią popatrzeć... Wydaje się być lekko wezbrana, ale cicha... spokojna... jakby uśpiona. Ludzie mimo szeroko płynących informacji o zagrożeniu powodziowym też śpią. Nikt nie robi żadnych przygotowań do ochrony własnego mienia mimo, że mają knajpy, warsztaty, ośrodki wodne i sklepy w bezpośredniej strefie zagrożonej zalaniem. Dlaczego lekceważą konkretne zagrożenie...? Nie zależy im na własnym bezpieczeństwie i mieniu... wypracowywanym nieraz całymi latami...? Zaiste zadziwiająca to postawa. A może liczą na Boga, który ich ochroni. A może na to, że Wisła przed miastem zakręci i popłynie pustymi polami...? Gdy doświadczą już skutków zalania, Polskim zwyczajem zaczną narzekać i obwiniać wszystko i wszystkich tylko nie własną lekkomyślną postawę i niepojętą głupotę. Ale najgorsze z tego jest to, że ludzie z takich zdarzeń nigdy nie wyciągają pozytywnych wniosków...! Aż mi się wierzyć nie chcę, że takie są istoty ludzkie...! Dobranoc.

sobota, 15 maja 2010

Dzień 439/440/441

Jest już dość późna pora nocna... czyli godzina 0:30. Dzisiaj tak jakby w nawiązaniu do posta o zaśmiecaniu środowiska i bezmyślności ludzi, którzy to permanentnie robią. Obok mojej kamienicy stoi... rośnie wielkie drzewo. Jest stare i dość mocno sfatygowane zębem czasu. Z uwagi na wiek jest objęte ochroną Konserwatora Przyrody i ma status Pomnika Przyrody. W obwodzie pnia bardzo potężne... ale wydrążone przez próchnicę. Pusty środek jest zabezpieczony środkiem przeciw-próchniczym, a konary spięte linami aby wiatr i ciężar własny nie rozjechał (rozłamał)ich na boki. Wokół niego jest utworzona strefa ochronnej zieleni na której nie wolno nic sadzić ani budować. Jednak co dla jednych jest obiektem szacunku i ochrony, dla innych nic nie znaczy. Tak więc tuż przy tym Pomniku Przyrody, na trawniku parkują samochody ludzi, którzy zajmują się remontem drogi asfaltowej. Większość tych wandali jest spoza Warszawy. Ich auta służą im za szatnię, składy narzędzi, pomieszczenie socjalne, a czasem i sypialnię. Nic by w tym nie było złego gdyby zachowywali się kulturalnie i z poszanowaniem dóbr przyrody i pracy innego człowieka. Tak więc bezceremonialnie przez okna aut wyrzucają wszystko co jest im już zbędne. Są to butelki po wodzie, puszki po piwie, przeczytane gazety i wszelkiego rodzaju odpady po produktach spożywczych. Natomiast wielka dziupla w chronionym prawnie drzewie, służy im za śmietnik i toaletę. Przykro mi to powiedzieć, ale powołana do pilnowania porządku miejskiego Straż Miejska nie reaguje na prośby o interwencję i zabezpieczenie, trawnika i chronionego drzewa. W takim razie pytam: Do czego jest powołana Straż Miejska skoro nie chce dbać o porządek, czystość i estetykę miasta??? Ja nie chcę oddawać swoich podatków na pseudo instytucję powołaną tak na prawdę do nie wiadomo jakich celów...! A Wy??? Dobranoc.

środa, 12 maja 2010

Dzień 436/437/438

Kolejny dzień minął pod znakiem codziennych problemów… ale i zmiennej pogody. Jest już godzina 19:30. Kilka dni temu telewizja wyemitowała program o dwóch starszych kobietach, które urosły w oku kamery TV do rangi bohaterek Narodowo – Społecznych. Nie oglądałem programu od początku, ale na moje oko kobiety wyglądały na około 70 –cio letnie babcie. Tak więc wsłuchałem się dokładnie w słowa komentatora i tychże babć bo chciałem wiedzieć o co w tym programie chodzi. A więc sprawa miała się mniej więcej tak: Jedna z tych babć dostała emeryturę i idąc po swoim osiedlu padła ofiarą złodzieja, który bez sumienia i skrupułów wyrwał jej torebkę z całą zawartością i emeryturą. Poszkodowana udała się na Policję w celu zgłoszenia kradzieży. A nasza dzielna i operatywna Policja miast natychmiast wszcząć działania operacyjne polegające na ustaleniu i schwytaniu osoby złodzieja, siedziała sobie bezczynnie i po kilku tygodniach nierobienia niczego w tej sprawie, umorzyła dochodzenie z uwagi na nieujęcie sprawcy przestępstwa. A jak miała go ująć jeśli nic w tym kierunku nie robiła…! Mogę powiedzieć coś na ten temat ponieważ, jak zapewne pamiętacie w ubiegłym roku sam padłem ofiarą włamania do mojego mieszkania… i po miesiącu doznałem szoku na widok listu z Policji w którym ni z tego, ni z owego powiadomili mnie o umorzeniu sprawy na skutek nieujęcia sprawcy przestępstwa. Byłem wtedy tak wściekły, że chciałem pojechać do komisariatu i wygarnąć im co myślę o takich metodach śledczych. Na szczęście szybko ochłonąłem i w ten sposób oszczędziłem sobie kłopotów. Ale do rzeczy, bo troszkę odbiegłem od zasadniczego tematu. Otóż poszkodowana babcia miała to co ma porządny mężczyzna na swoim miejscu i rozpoczęła śledztwo na własną rękę. Była w tej dobrej sytuacji, że widziała złodzieja i zapamiętała jego twarz. Tak więc zaczęła chodzić po osiedlu i wypytywać ludzi o tak wyglądającego człowieka . Po niedługim czasie natknęła się na niego i udała, że go nie zna. Ten upewniwszy się tym sposobem, że babcia go nie kojarzy z przestępstwem, na szczęście zaczął zachowywać się nierozważnie i doprowadził babcię do miejsca w którym mieszkał. W czasie gdy złodziej przebywał w mieszkaniu, babcia zatelefonowała po wsparcie w osobie swojej siostry i przed jego mieszkaniem - razem zasadziły się na niego. Niczego niespodziewający się złodziej wyszedł z domu i zbaraniał ze zdziwienia. Oto Siostra poszkodowanej schwyciła złodziejaszka za gardło tak mocno, że temu brakło tchu i bez „walki” się poddał… a był to trochę ponad 40 – to letni mężczyzna. Babcie wezwały Policję i ta raczyła przyjechać i zaaresztować sprawcę kradzieży emerytury. Ciekawy jestem jak czuli się w tym czasie „dzielni” policjanci, zwłaszcza gdy się dowiedzieli o operatywności 70 –cio letnich babć… Ale nie to było najdziwniejsze w całej sprawie. Policja miast babcie zatrudnić przynajmniej na pól etatu w swojej formacji, obsztorcowała babcie za lekkomyślność i brak rozwagi. Miały babcie wielkie szczęście, że je nie zaaresztowali za samosąd i napaść na biednego złodzieja… Zastanawiam się do tej pory nad celowością utrzymywania z podatków tak mało operatywnych policjantów. Czy nie lepiej pieniędzmi z pensji tychże policjantów wspierać krewkie i odważne babcie, które nie dość, że łapią złodziei… klepią biedę na nędznych emeryturach, to jeszcze w nagrodę doświadczają przykrości bo powołana do walki z przestępczością formacja bronić ich nie chce… i nie potrafi… Skandal i wstyd do potęgi entej… Dobranoc

niedziela, 9 maja 2010

Dzień 433/434/435

I oto niedziela ma się już ku końcowi. W tej chwili dobiega godzina 23:05. Pogoda nie była najgorsza. Przebijało słońce, a deszcz jakoś mnie ominął. Byłem poza domem i mimo rodzinnych zobowiązań do siedzenia przy stole, udało mi się również zrobić serię dobrych zdjęć, które jak już wiecie będę wykorzystywał do okładek swoich książek. Na spacerku poobiednim, który odbywał się po okolicznych lasach szybko zorientowałem się, że jest w nich wiele ciekawych miejsc i rzeczy do fotografowania. Dzisiaj już mi się nie chce, ale jutro zajmę się segregowaniem i przerzucaniem ich do folderów o takiej tematyce. W lesie wiosna już w pełni. Pełno kwitnących fiołków, konwalii i niezapominajek, a także obsypanych kwieciem drzew takich jak sosny, jarzębiny, czeremchy i wiele innych. Okazało się, że te leśne rośliny kwitną i pachną nieco inaczej niż w parkach miejskich. Kwiaty mają dłuższe łodyżki i okazalsze kwiaty. Zapach o wiele intensywniejszy niż w mieście. W czasie powrotu natknąłem się na pole obsiane rzepakiem. Żółć tego łanu przerastała wyobrażenie wzrokowe mieszczucha. Wszedłem w ten żółty dywan i nawąchać się nie mogłem. Nie miałem pojęcia, że kwitnący rzepak tak ładnie pachnie... Ale jest i druga strona tego pięknego medalu. Otóż człowiek ma w głębokim "poważaniu" całą przyrodę, a w niej lasy, kwiaty, łąki, drzewa i łany rzepaku. Bezceremonialnie zaśmieca i niszczy tą piękną żywicielkę nie tylko ludzi. Wszędzie porzucone butelki, słoiki, opony, stare telewizory, kanapy, a nawet w przydrożnych rowach wielkie plastikowe wiadra po farbach olejnych. Jednym słowem - zgroza...! Dlaczego nikt nie pomyślał o stworzeniu specjalnej Policji środowiskowej, która zajmowałaby się ściganiem kretyńskich "ludzi" zaśmiecających to piękno i dobrobyt Narodowy. Powinni karać mandatami od 1000 do 100 tysięcy złotych. Takiego ohydnego śmieciarza powinno przymuszać się pod groźbą wielu lat więzienia do pracy przy rekultywacji i oczyszczaniu zaśmieconych i zdewastowanych lasów, parków, łąk i przydrożnych rowów. A może już czas na to by oficjalnie potępiać i piętnować takich ludzi. Może już pora by każdy kto zauważy taki moment zaśmiecania wyrażał publicznie swój sprzeciw i bezpośrednio zwracał uwagę takim wandalom środowiska...! Ja w pełni potępiam tych ludzi i ich niszczycielskie wyczyny. Zgłaszam oficjalny protest przeciw niszczeniu mojego środowiska i domagam się od władz podjęcia konkretnych kroków, które spowodują, że takich ludzi będzie się traktować jak zwykłych przestępców... i mam nadzieje, że nie pozostanę z moim protestem sam!!! Mam nadzieję, że usłyszę Wasze głosy jeszcze głośniejsze niż mój...! Dobranoc

czwartek, 6 maja 2010

Dzień 430/431/432

Za oknem jest już całkiem ciemno... dochodzi godzina 21:56. Od kilku dni pogoda nie dopisuje ciepłem ani słoneczkiem. Jest pochmurno, deszczowo, wietrznie i zimno. Mnie osobiście taka pogoda nastraja melancholijnie, poważnie i smutno. Jestem obolały... odzywają się we mnie różne dolegliwości, których nie odczuwam przy dobrej i słonecznej pogodzie. Jestem skłonny do zamykania się w sobie, do przemyśleń i wspomnień natury trudnej. W takim czasie raczej trudno jest mi wykrzesać z siebie radość i dobre samopoczucie. Podczas takiego stanu, najchętniej zamknąłbym się w swoim pokoju - pracowni i spędził w nim na głębokich przemyśleniach kilka dni... Jednak nie mogę tego zrobić bo mam sklep w którym spędzam osiem godzin dziennie. Przychodzą różni i w różnych nastrojach klienci... i muszę szczególnie panować nad swoimi emocjami, by broń Boże nie być niemiłym i nieuprzejmym... Mimo swojej, powiedzmy niedyspozycji... wiem, że oni też się kiepsko czują... i że do spięcia jest bardzo blisko. Jeśli ktoś mnie drażni natrętnymi pytaniami, staram się nie rozmawiać i unikam odpowiedzi na często głupie pytania. Czyli przybrałem postawę na przeczekanie... i myślę, że to dobra metoda. Ponieważ już dawno nie prezentowałem wierszy, teraz przedstawię najnowszy z powstałych wierszy... jest raczej głębokiej treści i myślę, że trudny w zrozumieniu... tak jakby stosowny do aury i mojego nastroju... Oto on:

Wieczna tułaczka


Widziałem w śnie ogromną rzekę,
Która nigdy nie wpływa do morza.
Mam w sobie myśli nieokiełznane,
Które zawsze biegną w przestworza.

Szukałem lśniącej gwiazdy – bez blasku,
Studziłem duszę w morzu bez wody…
Krążyłem w bezkresie ludzkich uczuć,
Tęskniłem nocą… i w dni bez pogody.

Trzymałem w dłoni serce bez rytmu
Pełne nadziei zranionej dziewczyny.
Wołałem ją cicho przez mgłę perłową,
Ale wracało tylko echo z obcej krainy.

Pragnąłem ukoić smutek i łzy ciche…
Powierzyć komuś myśli brzemienne.
Chciałem je oddać pod czułą opiekę
I zakończyć poszukiwania codzienne.

Wszędzie drżenie… strach głuchy, pusty,
Wieczny chłód… błądzenie w bezkresie
I jeszcze strasznie natrętne pytanie…
Kiedy kres podróży los mi przyniesie…?

Bogdan Chmielewski
Warszawa dnia 28.04.2010 r.

poniedziałek, 3 maja 2010

Dzień 427/428/429

Dzisiaj jest już ostatni dzień majówki. Godzina (jak na mnie) bardzo młoda to znaczy 10:49. Jestem poza Warszawą. Dokładnie 120 kilometrów na południe. Pogoda może nie jest najpiekniejsza, ale spoza chmur co jakiś czas przebija słoneczko i spływa ciepełkiem na naszą ziemię. Jednak nie pogoda jest najważniejsza. Najważniejszy jest klimat w jakim się znalazłem. Wszędzie wiosna. Drzewa obsypane kwieciem. Trawy wysoko wybujałe kuszą intensywną zielenią... niejako namawiają aby rzucić się i zanurzyć całym ciałem w jej falujace pod wpływem lekkiego wiatru dywany. Bijące zewsząd zapachy przepełniają niesamowitymi wonnościami zmysłowymi. I ptaki... wszędzie się uwijają, przywołują i kuszą wzajemnie do zawiązywania związków z których urodzą sie piskęta.
W miejscowości w której jestem (z okazji majówki) strażacy pożarni zorganizowali zabawę na wolnym powietrzu. Całoś miejsca zabawy, otoczona jest lasem sosnowym co sprawia wspaniały klimat tego miejsca. Z daleka widać różnokolorowe, mrugające światła dyskoteki. Muzyka w stylu Diskopolo niesie się szerokim echem rytmicznego głosu bębna. Łup,łup,łup... Wzdłóż jezdni, na całej długości jednej i drugiej strony, parkują samochody osobowe. Zjechała gromadnie niemal cała okoliczna młodzież, ale i nie tylko młodzież. Aż trudno uwierzyć w taką ilość ludzi w tym miejscu. Wokół sceny jest wydzielony niewielki placyk. Jest to mniej więcej placyk 20x20 metrów. Żeby tam wejść trzeba wykupić bilet wstępu. Na początku proporcje tańczących do obserwujących rozkładały się mniej wietcej tak: Na "parkiecie" tańczy kilka par, a poza wydzielonym terenem do tńca znajdują się dosłownie tłumy ludzi. Oprócz tych kilku par nikt nie tańczy. Tłum stoi i patrzy... szuka w alkoholu odwagi i luzu. Opróżnione puszki i butelki ląduja w krzakach, na trawie i pod stopami pijących. Młode wydekoltowane z każdej strony ciała dzierlatki, dowcipkując biegają w tłumie odważnie. O dziwo nikt ich nie zaczepia. Z czasem w tłum wchodzi odwaga i animusz. Na parkiecie robi sie gęsto. Widzę podskakujace jak spławiki na wodzie, stłoczone głowy młodych ludzi. Światła na tęczowo oświetlają tańczące pary. Za płotem zgromadzone tłumy nie tańczą... Pytam sam siebie: dlaczego nie tańczą? Przeczież po to tu przybyli. Dlaczego stoją niemal nieruchomo i raczą się olbrzymimi porcjami piwa. Czy nam - ludziom do dobrej zabawy potrzebny jest stymulator w postaci alkoholu? Czy bez piwa młodzież nie potrafi się bawić? Jakieś to smutne i nienaturalne... Na szczęście widywałem i widuję ludzi którzy świetnie się bawią bez stymulatorów zabawy. Myślę, że wszystko jest dla ludzi... i piwo i wino i gorzałka... Widz polega na tym by to nie alkohol dawał nam poczucie siły, odwagi i ekspresji. Uważam, że to z serca powinnny wypływać te cech i chęci do wspaniałej zabawy. Wtedy jest naturalnie, miło i bez lęku czy ktoś nie zachowa się poniżej ludzkiej godności i etyki... Bawmy sie zatem... ale z rozwagą i kulturą jak przystało na człowieka...

piątek, 30 kwietnia 2010

Dzień 425/426

Dzisiaj tak ni stąd ni zowąd wszedł mi do głowy mój, że tak powiem daleki sąsiad... mieszka dwie ulice dalej...jednak zanim przejdę do dalszej części posta powiem która jest godzina... a więc jest już godzina 20:48. Rzadko się spotykamy i jeszcze rzadziej rozmawiamy, ale bardo lubię tego starszego Pana. Bardzo dobrze odbieram go energetycznie. Swojego czasu kupił ode mnie tomik poezji i od tamtej pory coraz częściej zaglądał do mojego sklepu. Nawiązała się między nami nić sympatii. Pamiętam... kila miesięcy temu powiedział mi, że jego żona bardzo choruje. Od tamtej pory nie widziałem go aż do dzisiaj. Dzisiaj idąc do domu spotkałem go na ulicy... Ucieszył się moim widokiem, ale był bardzo smutny. Już w pierwszych słowach poinformował mnie o śmierci swojej żony i o smutku jaki go przepełnia. Ze łzami w oczach powiedział, że jest mu bardzo ciężko i że byli razem z żoną 51 lat...! Pocieszałem go jak tylko mogłem i po chwili pożegnałem ciepło. Idąc do domu sam o mało się nie rozpłakałem. Po kilku krokach naszła mnie refleksja nad kruchością życia. Zazwyczaj jesteśmy, cieszymy się sobą, przeżywamy wzloty i upadki. Mamy lepsze dni i gorsze... i nigdy nie zastanawiamy się nad odejściem partnera(ki). Nawet nam to przez myśl nie przechodzi. Dopiero w obliczu śmierci widzimy ile ten ktoś dla nas znaczył. Jakim był ważnym ogniwem we wspólnym życiu. W takim razie dlaczego się tak poniewieramy... nie szanujemy w rodzinach i w znajomościach. Dlaczego trudno nam zrozumieć innego człowieka. Dlaczego nie doceniamy tego co mamy...? Dlatego, że jesteśmy egoistami, samolubami o materialnym widzeniu świata? A może potrafimy doceniać dobro innych ludzi dopiero po ich odejściu na tamten świat...? A może nadszedł już czas na zmianę swojej postawy do innych ludzi. Mówię Wam... warto to zrobić - choćby i na starość. Dobranoc.

środa, 28 kwietnia 2010

Dzień 423/424

Powoli mija wtorek 28.04.2010. Jest godzina 19:40. A więc zaczynam pisać posta. Przed chwilą zobaczyłem w telewizji zawodowego kierowcę karetki pogotowia ratunkowego, który jadąc prywatnym samochodem osobowym, najdziksze wyczyniał swawole. Łamiąc wszelkie zasady i przepisy o ruchu drogowym, jechał po trawniku, pod prąd, przejeżdżał skrzyżowania na czerwonym świetle, stwarzał zagrożenie dla pieszych i własnego dziecka, które wiózł na tylnym siedzeniu auta. Jak to możliwe, żeby człowiek o zdrowych zmysłach, na co dzień ratujący życie poważnie i ciężko chorym, a także ofiarom wypadków drogowych sam jechał jak szaleniec. Sam stwarzał sytuacje zagrażające życiu i bezpieczeństwu użytkowników dróg publicznych. Aż skóra cierpnie i włos staje na głowie kiedy widzimy takie karygodne wyczyny ludzi żyjących wśród nas. Tak nieodpowiedzialnych ludzi powinno uznawać się za nienadających się do życia w społeczeństwie i z cała surowością prawa karać bezwzględnie ostro. Takiego kogoś powinno pozbawiać się dożywotnio prawa jazdy i konfiskować samochód na rzecz instytucji chroniącej życie ludzkie na drogach publicznych. Jak długo będziemy tolerować ludzi, którzy w sposób świadomy narażają życie spokojnych obywateli naszego kraju...? Jak długo będziemy udawać, że nie widzimy i jak długo jeszcze będziemy tolerować poczynania i wyczyny wandali, łobuzów, bandziorów i wszelkiego rodzaju naćpanych agresorów. Metoda na przeczekanie nie jest najlepszym rozwiązaniem. Z czasem będzie godzić w nas samych. Ciekawy jestem co powiedzą ci udający, że nic nie widza gdy taki ktoś rozjedzie ich dziecko, żonę, męża czy rodzica? Czy trzeba aż takiego wstrząsu byśmy zaczęli reagować na takie akty...? Czy potrzeba jeszcze więcej ofiar żebyśmy zaczęli jawnie protestować i zwalczać czyny które godzą w nasze rodziny i bliskich!!!??? A może zabierzemy się za swoje... nasze bezpieczeństwo już jutro...? Mówię Wam... nie warto jest czekać aż zginie ktoś z naszych bliskich... bilans strat będzie zbyt wielki i nieodwracalny... Dobranoc.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Dzień 421/422

Za oknem jeszcze całkiem widno i ciepło... ale nie dajmy się zwieść pozorom... bo już dochodzi godzina 19:10. W moim odczuciu dzisiejszy dzień był najcieplejszym dniem na starcie panującej wiosny. Wczoraj po raz pierwszy w tym roku byłem w plenerze. Na świeżym powietrzu szukałem natchnienia i ciekawych widoków do fotografowania, oraz wykorzystania w moich książkach. Głównie myślałem o okładkach do przygotowywane do wydania pozycje. W przygotowaniu jest kilka książek... a nie mogą to być takie tam zwykłe plenerowe zdjęcia, tylko zgodne z moim wcześniejszym zamysłem i projektem tematy. Wiosnę już bardzo wyraźnie widać i czuć. Drzewa okrywają się bujnym listowiem i białym intensywnie pachnącym kwiatami. Kwitną już leśne sasanki, łąkowe mlecze, a nawet widziałem fioletowe fiołki. Ptaki uwijają się wśród gałęzi i przekrzykują różnorakim, miłym dla ucha trelem. Tak więc integracja z łonem natury na mnie zadziałała kojąco. Uszy odpoczęły mi od hałasu miejskiego, a płuca nie musiały wdychać zapylonego spalinowego powietrza. Od długiego marszu bolały mnie nogi... ale nic to w porównaniu z płynącymi z wypadu na łono natury korzyściami. Dobry i głęboki sen zrobił swoje. Rano wstałem wypoczęty i rześki poszedłem do sklepu. Tak więc korzystajcie z każdej nadarzającej się chwili. Nie leńcie się tylko maszerujcie do parku czy gdziekolwiek, gdzie nie słychać zgiełku i nie czuć smrodu miasta. Pozdrawiam cieplutko i prawdziwie wiosennie...

sobota, 24 kwietnia 2010

Dzień 419/420

Zerkam na zegarek... widzę godzinę 20:30. Zwykle tak czynię przed napisaniem posta. Dzisiejsza sobota mimo, że nie najcieplejsza była dla mnie dobrym dniem. W sklepie zaobserwowałem wiosenne poruszenie przed wyjazdowe na działki usytuowane poza terenem miasta. Ludzie po zastoju zimowym przypominali sobie o różnych brakach w domkach letniskowych i zaopatrywali się w niektóre rzeczy w moim sklepie. Przed południem rozmawiałem z drukarnią i ustaliliśmy, że w poniedziałek 26.04.2010 rusza druk mojej książki. Bardzo mnie to ucieszyło bo jakoś tak się działo, że od początku roku napotykałem w innych drukarniach niekorzystne dla siebie warunki finansowe. Jak wszyscy wiedzą Pisarze nie zawsze opływają w dobrobycie finansowym i każda niższa cena z tytułu wydania jest mile widziana. Mam nadzieję, że nastąpił jakiś przełom i teraz pójdzie już wszystko jak z płatka. Zaraz po wydaniu tej książki chcę wydać tomik poezji z cyklu: "Miałem ci ja zakus". Właściwie całość jest już opracowana tekstowo. Będzie w nim 35 wierszy o delikatnym posmaczku erotyzmu. Pracujemy jeszcze nad grafiką do tychże wierszy, które umieszczone w tomiku ubogacą całość wydania. Chciałbym w tym roku wydać trzy, a może nawet cztery pozycje... Jeśli nie będzie się już nic komplikowało jest to jak najbardziej do osiągnięcia. Pozdrawiam Wszystkich wiosennie... Dobranoc.