EPILOG

Po długim wahaniu postanowiłem zakończyć pracę z prowadzonym od ponad 500-set dni blogiem pt. "Poezja, którą da się czytać". Jak spostrzegliście 7 ostatnich postów zasadniczo odbiegało tematem od wcześniejszych treści, dlatego zostały przeniesione do nowoutworzonego bloga, który będzie poruszał właśnie taką tematykę. Mam nadzieję, że te ważne tematy wciągną was i zachęcą do czytania, i czynnego uczestnictwa w życiu nowego bloga pt. "Tropem dziwactw i bezsensu". Zapraszam. Oto nowy adres pod którym mnie znajdziecie:

http://tropem-dziwactw-i-bezsensu.blogspot.com

niedziela, 31 stycznia 2010

Dzień 337

Tak czy siak... czy tego chcemy czy nie...jest godzina 18:25 a ja już piszę swojego codziennego posta. Dzisiaj po prawie całym dniu spędzonym w sklepie przy obowiązkowym remanecie, nareszcie znalazłem chwilkę wytchnienia. Wielogodzinne łażenie wczoraj i dzisiaj od półki do do półki i zliczanie co do jednej śrubki zesłabiło mnie bardzo skutecznie.... ale nie przeszkodziło mi myśleć o temacie do posta. Siedząc chwilkę bezczynnie zastanawiałem się nad uczuciem tęsknoty. Czym właściwie jest tęsknota... co to takiego co spędza nam sen z powiek i każe biegnąć własnym myślom w kierunku obiektu utęsknienia. Tak naprawdę tęsknota na ogół dotyczy innego człowieka. Ukochanej... ukochanego, czy bliskiej rodziny, brata, siostry, ojca, matki... Czy to jest przywiązanie, czy oczekiwanie, a może odczucie jedności duchowej...? A może chęć posiadania na zawsze i na własność? Za czym tak naprawdę tęsknimu. Za dobrem tego kogoś, za uprzejmością, za czynami które wykonuje ten ktoś na naszą rzecz... a może za upominkami, które nam daje...? A może za jego serce, mądrością, inteligencją, może milczeniem, spokój, i umiejętnościa słuchania...? Za pocałunkami, pieszczotą, a może agresją i twardym chrakterem...? Co by tu jeszcze nie wymienić i tak nie da się jasno określić jak to się dzieje, że do jednych tęsknimy jak szaleńcy, a do innych tylko trochę... A może tęsknota jest pierwszym schodkiem miłości... której jeszcze nie rozumiemy. A czy może być tęsknota spontaniczna i zdrowa...? Myślę sobie, że tak. Może taka być... a właściwiwe taka być powinna... Musi tylko spełniać jeden warunek...! Musi być bezinteresowan i nie mieć żadnych oczekiwań. Ot tak zwyczajnie tęsknimy i cieszymy się tym, że mamy taki obiekt do tęsknoty...! Pozdrawiam cieplutko Wszystkich Czytaczy...

sobota, 30 stycznia 2010

Dzień 336

Jest w tej chwili godzina 23:00 a ja tradycyjnie już zabieram się za mojego posta.
Mam słuchawki na uszach i słucham mojej pięknej i nie ziemskiej muzyki... Czuję mrowienie na karku bo "December elegy" zespołu Tristania unosi mnie w inny wymiar. Przy niej wprowadzam się w trans medytacyjny i doznaję różnych wizji... czasem tego co dzieje się daleko ode mnie... w tym samym czasie... a czasem doznaję wizji z przyszłości...! One pokazują mi co będzie z daną osobą lub ze mną... Unikam tych wizji, ale czasem pojawiają się poza moja wolą. Jeśli mówią o miłych sprawach i szczęściu jestem wesoły i zadowolony... ale gdy dotyczą nieprzewidzianego końca jakiegoś fragmentu naszego życia... wtedy jestan smutny, zmartwiony i boję się... Wtedy najczęściej poddaję je w wątpliwość i zakładam, że coś źle zobaczyłem... Uspokajam się dopiero, gdy już się zmaterializują... w taki sam sposób jak je widziałem...
Wyobraźcie sobie, ze po wczorajszym poście zmaterializowały się moje życzenia... Otóż szedłem dzisiaj dwa razy do sklepu i dwa tazy wracałem z niego do domu. Powiecie i co w tym takiego nadzwyczajnego... ano mijani po drodze ludzie ustępowali sobie wzajemnie przejścia na zaśnieżonym chodniku...! A żaden ze stojących na poboczu samochodów nie tarasował wąskiego przejścia. Nie mogłem się nadziwić, że tak jest. Ja wiem...! Można powiedzieć i tak wielu z Was powie: "To czysty zbieg wydarzeń". No pewnie, że można tak powiedzieć... ale czy to nie fantastyczne doznanie po pełym goryczy poście... Niech sobie będzie i czysty przypadek! Fakt pozostaje faktem - doświadczyłem wielkiej przyjemności od mijających mnie ludzi i chcociaż oni mnie nie usłyszą i nie przeczytają, chociaż kto wie...? Dzięki Wam wielkie... Czasem tak mało trzeba nam do szczęscia...

piątek, 29 stycznia 2010

Dzień 335

Mamy godzinę 19:40. A to znaczy, że jestem już tutaj i piszę dzisiejszego posta. Od rana prawie wiosenna odwilż. Na termometrze zewnętrznym temperatura podniosła się do 0 stopni. Śnieg co prawda nie stopniał, ale mocno zmienił konsystencje i stał się mokry i ciężki, a to spowodowało, że buty błyskawicznie przemokły na moich stopach... Dzisiaj rozmyślałem nad zjawiskiem nagminnej nieuprzejmości panującej wśród ludzi i na drogach publicznych. Dlaczego jesteśmy ciągle rozdrażnieni... niezadowoleni. Dlaczego bezustannie narzkamy na wszystko i wszystkich bez wyjątku. Warczymy na siebi jak wściekłe psy i mamy w głebokim poważaniu bliźniego. Nie ważne czy mamy rację, czy jej nie mamy... ważne by lepiej się rozpychać, głośniej warczeć i pyszczyć na każdego kogo spotykamy na swojej drodze. Dlaczego jesteśmy tacy nieuprzejmi dla siebie. Najczęściej widać to na drogach. Według naszego kodeksu drogowego obowiązuje w naszym kraju ruch prawostronny, a większość ludzi idzie po chodniku jak im wygodnie. Nie zważa na idącego z przeciwka przechodnia... nie usunie się choćby na 15 cm w bok i tym samym nie umożliwi swobodnego wyminięcia się na chodniku. Bezpardonowo potrąca słabego dziadka, a babcię starowinę wyzywa od k...y, albo swoją arogancją i nieustępliwą postawą zmusza szczególnie słabszych od siebie ludzi do wchodzenia w głębokie zaspy śniegu. Jakby tego było mało teraz panuje epidemia parkujacych na chodnikach byle jak i jak bądź samochodów. A przepis mówi o 1,5 metrowym przejściu dla pieszych zagwarantowanym przez przepisy o ruchu drogowym... Gdzie jest Straż Miejska...? Przecież na nowalijki i szczypiorek, który sprzedają babcie z własnych ogródków jeszcze nie pora... więc czynność łapania staruszek mają z głowy... Mimo to nie widać ich tam gdzie są jak najbardziej potrzebni... Bierzcie się Panowie Strażnicy Miejscy do roboty do jakiej was powołano! Ukróćcie samowolę łamiących przepis za przepisem, rozbrykanych i wściekłych nawet na siebie kierowców samochodów osobowych... Dość arogancji, nieuprzejmości, podłości i wulgaryzmów, nie tylko w miejscach publicznych, a także i w zaciszach wszystkich domów! Ja mam tego dość i stanowczo protestuję przeciw takiej chmskiej postawie naszych rodaków...!!! STOP nieuprzejmości, STOP tyrani drogowej, STOP agresji...!

czwartek, 28 stycznia 2010

Dzień 334

W telewizji rzępoli jakiś wiolączelista, czym przyciągnął moją uwagę. Przy okazji zerknąłem na zegarek stojący tuż obok ekranu telewizyjnego. Spostrzegłem na nim godzinę 22:20. Dzisij mam jakąś pustkę w głowie i tak naprawdę nie mam konkretnego tematu do napisania dzisiejszego posta... Zatem opiszę Wam pewne zdarzenie jakie dzisiaj zaistniało w moim sklepiku. Otóż przyszła znana mi z widzenia, raczej stała klientka. Jest to kobieta baaaardzo dojrzała... i na tym poprzestańmy. Za każdą swoją wizytą w moinm sklepiku prowadzi ze sobą małego pieska rasy... no właśnie... powiedzmy pekińczyko podobnej. Tenże piesek jest mały, ma przytrzaśnięty w drzwiach pyszczek i wiszący na zewnątrz język. Żeby było bardziej obrazowo, język wystaje z pyszczka na około dwa centymetry. Piesek jest stary to i z tego powodu jego język jest nie w tym miejscu gdzie potrzeba. Mój sąsiad chcąc być przydatnym poradził tej klientce aby pozbyła się tejże psiny. W odpowiedzi popatrzyła na sąsiada jakoś tak dziwnie i ze stoickim spokojem odpowiedziała mu tak: Psa mam się pozbyć!? Prędzej chłopa z domu wyrzucę... ale psa nigdy! Sąsiad zaniemówił na dobre, a ja się roześmiałem na cały głos. Wnioski nasuwają się automatycznie same. Biedne te nasze wszystkie chłopy... byle psina z wiszącym jęzorem ma większe poszanowanie niż własny chłop, który niemal całe życie spędził jako, powiedzmy mąż, bo w tej sytuacji to już nie wiem jaką role pędził przy tej kobiecie przez tyle lat. A wszystko pewno odbywa się na zasadzie: Murzyn zrobił swoje... murzyn może odejść!

środa, 27 stycznia 2010

Dzień 333

Nieuchronnie zbliża się godzina 22:40. Siadam więc do kompika i piszę dzisiejszego posta. Zima wyraźnie spuściła z tonu. Mróz spadł do 3 stopni na minusie i można by powiedzieć, że choć jeszcze zima, poczuliśmy delikatny powiew wiosny... niestety na nią musimy jeszcze poczekać. Dzisiaj zastanawiałem się na uczuciami zaufania i oczekiwania... niby tak różne, ale czy aż tak bardzo. Z mojego punktu widzenia wcale się tak bardzo nie róznią i uważam, że mają ze sobą ścisłe powiązanie! Bo czyż nie jest tak, że gdy wyzwolimy w sobie uczucie zaufania do jakiejś osoby to i zaraz mamy też oczekiwania...? Zaraz pragniemy by nas potrafił wysłuchać, żeby nie krytykował, broń boże wyśmiewał, a i żeby tajemnicy dotrzymał i nie złamał jej aż po sam grób... no i żeby jeszcze mądrą wskazówki dał jak pokonać nasze własne problemy... a jakby tak nic w zamian nie chciał to by był niemal idealny. Niestety w życiu często jest tak, że otaczają nas pseudo koledzy... fałszywi przyjaciele i niedotrzymujący tajemnicy milczenia, wredni słuchacze - spowiednicy. Kiedy wydaje nam się, że właśnie spotkaliśmy takiego wspaniałego kumpla, któremu zaczynamy ufać i opowiadać najściślejsze tajemnice z własnego życia....on wykorzystuje nas do własnych celów. Potem wyśmiewa i opowiada o naszych zwierzeniach wszystkim dookoła nas. Cierpimy wtedy podwójnie... Raz, bo spowiednik zawiódł i dwa, bo nasze oczekiwania wzięły w łeb i tym samym sprawiły nam dodatkowe cierpienie i zawód. Po takim doświadczeniu zdrady, trudno jest nam się drugi raz otworzyć przed nawet prawdziwym przyjacielem. Teraz żeby zaufać, potrzebujemy zdecydowanie więcej czasu, a cierpi na tym nie tylko ten zdradzony, ale i ten prawdziwy przyjaciel, bo widzi jak się miotamy i nie potrafi nam pomóc. Na szczęście jest on prawdziwym przyjacielem, więc będzie cierpliwie czekał aż się przekonamy, że tym razem mamy do czynienia z tym kogo nosimy w sercu wiele miesięcy, czasem nawet lat... Tak więc z zaufaniem lepiej odrobinkę poczekać i przekonać się czy to jest ten, który nie będzie nas wyśmiewał... a najlepiej w tych sprawach słuchać swojego wnętrza... tam zawsze znajdziemy dla siebie najlepsze odpowiedzi...

wtorek, 26 stycznia 2010

Dzień 332

Jest dopiero godzina 19:22, a ja już zabrałem się za pisanie posta. Zima nie ma ochoty ustąpić, ani nawet zelżeć. Szczypie w uszy, straszy i zieje mrozem. Jak zauważyłem wczorajszy post o jeździe na łyżwach za pędzącym autobusem wywołała wspomnienia w moich czytaczach, którzy sami popisywali się... wtedy brawurą, którą dzisiaj śmiało i bez wahania mogę nazwać głupotą...! A to z kolei wywołało we mnie odruch solidarności z tymi wszystkimi wariatuńciami. Tak więc niejako pod wpływem moich czytaczy poczułem, że należy się im zakończenie opowieści o jeździe na snopach iskier. Tak więc wyobraźcie sobie, że ta jazda jako przyczepa autobusowa miała swój finał. Jazda do szkoły weszła mi w krew i jeździłem każdego dnia. Było to dwa razy dziennie... do szkoły i powrót ze szkoły. Łyżwy robiły mi się błyskawicznie coraz cieńsze, a ja powoli wpadałem w RUTYNĘ. Jeździłem już mniej ostrożnie i bardziej brawurowo, aż któregś dnia kierowca musiał nagle i raptownie zahamować... Oczywiście rutyna mnie zgubiła bo przyzwyczajony już do jednostajnej jazdy, nie brałem ewentualności raptowego hamowania pod uwagę. A więc kiedy autobus zahamował awaryjnie, ja wyrżnąłem głową w jego blaszany i twardy tył. Walnięcie było tak mocne, że aż padłem na śnieg jak bajkowy "Pies Pluto". Po chwili autobus odjechał, a ja ledwo się pozbierałem do stanu urzyteczności dwunożnej istoty. Głowa bolała mnie bardzo. Zdjąłem z butów łyżwy i na własnych nogach dowlokłem się do domu. Tam przed lustrem zobaczyłem swoją twarz. Moje czoło przekształciło się w jednego wielkiego i podbiegłego krwią guza. Guz był tak imponujący aż wywołał we mmnie zdziwienia. Nie mogłem zrozumieć jakim cudem mógł urosnąć taki duży. Był taki wielki jak cała dłoń...! I wicie co wtedy pomyślałem...? Nie, nie. O lekarzu nie pomyślałem. Pomyślałem: I co ja teraz mamie powiem!!! Nie myślałem czy coś mi dolega, czy może mam wstrząs mózgu, albo pęknięcie czaszki... tylko: Co ja teraz mamie powiem!!! Dzisiaj już nie pamiętam co nałgałem mamie... Czując się jako młody i twardy mężczyzna nie przyznałem się w jaki sposób nabawiłem się tej kontuzji. Na szczęście całe zdarzenie zakończyło się tylko olbrzymim guzem czoła... no i nauka nie poszła w las. A ja jako mądry dzieciak wyciągnąłem z tego zdarzenia wymierną dla siebie korzyść... Otóż do szkoły nie jeździłem już przyczepiony do autobusu!!! Hi,hi,hi... Hej wariaruńcie... ślę Wam buziaka z tamtych brawurowych lat!!! Pa Boguś.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Dzień 331

Zima nie odpuszcza...a nawet straszy jeszce większym mrozem... zerkam na monitor i w dolnej części, na pasku zadań widzę cyferki wyświetlające godzinę 22:40, Zaczynam więc pisać swojego posta. A skoro zacząłem o zimie i wczoraj opowiedziałem o moim patencie na szybką jazdę, to czemu by nie dopowiedzieć dzisiaj jeszcze jednej historyjki z przebegu zabaw zimowych jakich doświadczałem w młodym wieku. Nie wiem czy wszyscy pamiętacie, że kiedyś nie uprzątało się tak jak dzisiaj śniegu z ulicy. Zwłaszcza na bocznych i tych mniej uczęszczanych, nikt nie odgarniał śniegu. Jeździły zamochody ciężarowe i ubijały śnieg w jedną spoistą i twardą warstwę zlodowacenia. Potem ta warstwa była posypana małą ilością piasku [bez soli] i tak jeździło się do wiosennych roztopów. Ja jako zaradny chłopiec wymyśliłem sobie, że będę jeździł do szkoły na łyżwach... ale, że do szkoły miałem spory kawałek, więc taka jazda była dość wyczerpującym zajęciem. Nie zastanawiając się nad słusznością swojej decyzji uprościłem całą sprawę tak: Otóż stawałem na końcu przystanku autobusowego i czekałem cierpliwie aż pojawi się [wtedy była to czeska Karosa, późniejszy Jelcz] środek publicznej lokomocji. Kiedy on ruszał, ja łapałem się tylnego zderzaka i tak jechałem do następnego przystanku. Autobusy jechały dość szybko jak dla podczepionego młodocianego łyżwiarza... i na skutek takiej jazdy, spod moich łyżew, które na przemian szorowały po piachu i zbitym śniegu było to zabójstwo. Spod moich łyżew sypały sie iskry na odległość dochodzącą do jednego metra. Jak się domyślacie, po kilku takich kursach łyżwy nadawały się tylko do ostrzenia... Jako młody i nie przejmujący się niczym chłopak miałem gdzieś co dzieje się z moimi łyżwami. Najważniejsza była jazda, a konkternie radość z wykiwania kierowcy autobusu i satysfakcja z samej jazdy na snopach sikier! Och, co za radość wtedy miałem w sobie... a jaką duma rozpierała moją pierś. Taki wyczyn należał wtedy tylko do nielicznych śmiałków. Mówię Wam...co to było za niesamowite uczucie i jazda... zwłaszcza, że mało kto potrafił przejechać cały długi przystanek nie odpadłszy po drodze od autobusu! Dobranoc